Wywiady "Oświaty i Wychowania" - Człowiek nie jest samotną wyspą
Rozmowa z prof. dr hab. Marią Siwiak-Kobayashi, kierownikiem Centrum Wspierania Rozwoju Osobowości
Niedawno - 15 listopada 2003 r., otworzyło w
Warszawie podwoje Centrum Wspomagania Rozwoju Osobowości. Na jego czele
stanęła dr hab. Maria Siwiak-Kobayashi, profesor WSSE, która jest
jednocześnie docentem w warszawskim Instytucie Psychiatrii i
Neurologii, gdzie kieruje Kliniką Nerwic. "Oświata i Wychowanie"
postanowiła przybliżyć Czytelnikom sylwetkę profesor Kobayashi,
zapytać, na czym polega wspieranie osobowości, jak można sobie radzić
ze stresem, a także jak to się stało, że wybrała właśnie psychiatrię...
Odpowiedź na to pytanie kryje się w nazwie
instytucji. Zasadniczym celem działalności centrum i tym, co je
wyróżnia spośród innych placówek, jest skuteczna pomoc osobom, które z
różnych powodów nie są w stanie osiągnąć w życiu satysfakcji i sukcesu,
choć leży on w zasięgu ich możliwości. A skoro jest to możliwe - to
przecież trzeba coś uczynić, żeby im w tym dopomóc. Jeśli zgłosi się do
centrum ktoś ze schorzeniem wymagającym postępowania leczniczego, np. z
depresją, nie pozostanie bez pomocy. W zespole pracowników znajdują się
bowiem specjaliści, którzy mu pomogą. Jednak podstawowym miejscem,
gdzie taki pacjent powinien szukać możliwości leczenia, jest poradnia
zdrowia psychicznego lub w razie potrzeby szpital, na przykład taki, w
jakim ja pracuję.
Pomysł
utworzenia Centrum Rozwoju Osobowości pochodzi od pana profesora
Wojciecha Pomykało, rektora WSSE - uczelni, w której wykładam. W swojej
wieloletniej praktyce dydaktycznej zauważył on, że bardzo wiele osób ma
problemy z rozwojem osobowości. Nie zawsze sobie nawet uświadamiają, że
je mają, a co więcej, że źródło ich niepowodzeń i kłopotów leży w nich
samych. Ludzie, których osobowość nie ma szans w pełni prawidłowo się
rozwinąć, nie są przypadkami klinicznymi. Żadne rozpoznanie
psychiatryczne nie kwalifikuje ich do umieszczenia w klasyfikacji
chorób - a przecież nie ulega wątpliwości, że pomocy potrzebują - i tak
powstała idea powołania centrum.
Na kozetce? Nie. Nie ma bowiem wśród nas
psychoanalityka. Pacjent będzie siedział z terapeutą twarzą w twarz i
zastanawiał się, jakie sytuacje w jego sposobie przeżywania, sytuacje,
w które sam wchodzi, powtarzają się w sposób typowy w jego życiu i co z
tym można zrobić - co zmienić, żeby się to nie powtarzało, żeby
przerwać błędne koło. Jeżeli np. ktoś był szarą myszką w domu, karaną i
zaniedbywaną przez rodziców, potem się czuje zaniedbywany i
niedoceniany przez innych w pracy, a dodatkowo taka osoba jest zahukana
w małżeństwie - to najwyraźniej pewne podobne sytuacje się powtarzają.
Powtarzają się określone schematy, ponieważ w człowieku tym wytworzyły
się specyficzne cechy, które prowadzą w efekcie do samo sprawdzającego
się proroctwa, tzn. ktoś boi się czegoś, co rzeczywiście faktycznie w
końcu następuje.
Większość problemów, z jakimi się stykamy, które nie
pozwalają nam w pełni rozwinąć osobowości lub w istotny sposób ją
ograniczają, ma swoje źródło w błędach bądź nabywaniu błędnych
przyzwyczajeń, czyli inaczej ujmując - wyrobieniu sobie pewnego
niewłaściwego zespołu zachowań w reakcji na konkretnego rodzaju
sytuacje. Zadaniem Centrum Wspomagania Rozwoju Osobowości nie jest
"przerabianie" czyjejś osobowości - nie ma w tym nic demonicznego.
Centrum ma wspomagać rozwój, usuwać kłody czy też czynniki hamujące jej
rozwój bądź nie pozwalające w pełni jej się rozwinąć. Jeśli ktoś czuje,
że stać go na więcej, że może, potrafiłby i powinien osiągnąć więcej -
obojętne, czy to w sferze zawodowej, czy też na gruncie towarzyskim,
szkolnym, rodzinnym, lecz coś dzieje się nie tak, coś mu przeszkadza,
hamuje, chociaż ma predyspozycje - to powinien odwiedzić nasze centrum.
Czasami te przeszkody można zauważyć samemu. W wypadku dzieci czy
młodzieży szkolnej zauważają je rodzice lub nauczyciele, np. problemy z
czytaniem, pisaniem, opanowaniem pamięciowym materiału. Wtedy oferujemy
dzieciom treningi, które przy pewnej dyscyplinie i systematyczności
pomogą wyeliminować te dokuczliwe i utrudniające życie i codzienne
funkcjonowanie dolegliwości.
I tu właśnie dochodzimy, niejako przy
okazji tego przykładu, do istoty rzeczy, mianowicie w centrum staramy
się wyeliminować to, co nas uwiera, przeszkadza nam dobrze funkcjonować
w otaczającej nas codzienności, ale nie stanowi podstawy do tego, aby
udać się do lekarza. Często trudno nam zdefiniować problem - mówimy, że
po prostu nic nam się nie udaje: "nie jestem chory - jestem
nieudacznikiem". Nie ma kogoś takiego jak nieudacznik - problem tkwi w
nas samych - w niewłaściwym podejściu, niewłaściwych nawykach, w
niewłaściwych schematach reakcji na dane sytuacje. Najpierw pacjent
musi sam wejrzeć w siebie z psychologiem, psychiatrą bądź
psychoterapeutą, który znajduje się na miejscu w centrum. Przyjmujący
go lekarz czy psycholog ma za zadanie pomóc mu obejrzeć jego własne
życie, tak aby on sam mógł dostrzec, w których momentach popełnia
błędy. Dopiero potem wspólnie rozpoczynają żmudny proces odzwyczajania
pacjenta od złych nawyków, które nabył w procesie rozwoju. Jednocześnie
w centrum pomagamy rozwinąć potencjał, który tkwi w człowieku, a
którego on sam nie jest w stanie rozwinąć - dotyczy to np.
diagnozowania i wspierania rozwoju ucznia z wybitnymi uzdolnieniami -
często taki uczeń mimo nadzwyczajnych uzdolnień miewa kłopoty w szkole.
Asertywność jest umiejętnością społeczną, polegającą
na tym, żeby umieć zadbać o swoje interesy, nie negując praw innych
osób, nie wykorzystując innych, nie robiąc im krzywdy. Żeby osiągać cel
nie będąc przy tym agresywnym lub zbyt uległym, czyli zadbać o swoje
interesy zarówno w sposób społecznie akceptowany, jak i
satysfakcjonujący dla siebie. Zdarza się, że w toku rozwoju naszej
osobowości albo stajemy się zbyt ulegli i nie umiemy powiedzieć "nie",
albo reagujemy zbyt agresywnie, co przejawia się w wybuchach złości.
Czasem więc reagujemy zbyt ulegle, czasem zbyt agresywnie, a innym
razem i tak, i tak. Bywa też że nasza uległość potrafi być agresywna.
Uczenie asertywności, to w gruncie rzeczy uczenie tego, co się w
normalnym trybie rozwoju nabywa w procesie wychowania, dorastania,
zdobywania doświadczeń. Tutaj jest to podane jakby w pigułce i na tym w
pewnym sensie polega każda psychoterapia - zmieniamy, jakby odwracamy
to, czego się błędnie nauczyliśmy. Trening asertywności jest częścią
programu, który pomaga człowiekowi rozwinąć się społecznie - w tym
wypadku chodzi o kontakty społeczne i wzajemne relacje, interakcje
czyli ogólnie mówiąc stosunki międzyludzkie. Oczywiście każdy żyje w
społeczeństwie. Człowiek nie jest samotną wyspą - postrzegamy siebie
poprzez innych, ale też i budujemy swój świat poprzez relacje z
otoczeniem.
Nie ma jednej recepty dla wszystkich - każdy jest
inny. Jedni sobie w ogóle dobrze radzą z sytuacjami trudnymi czy
stresowymi, a inni nie radzą sobie generalnie w większości sytuacji.
Wśród naszych studentów najczęściej są tacy, którzy radzą sobie dobrze
- świadczy o tym chociażby fakt, że się uczą, zarabiają na studia,
zdają egzaminy. Oznacza to, że radzą sobie efektywnie. Jak mówiłam,
każdy człowiek ma trochę inne sposoby radzenia sobie ze stresem.
Zdecydowanie jednak lepsze są aktywne formy radzenia sobie, to znaczy
takie kiedy człowiek nie czeka biernie, aż samo się wszystko uładzi,
lecz próbuje coś robić. Natomiast - i nie jest to tylko moja rada, ale
wynika to i z naszych badań i mówi o tym literatura fachowa - zbyt
sztywne trzymanie się jednego tylko sposobu radzenia sobie jest
znacznie mniej efektywne niż pewna elastyczność, gdyż każda sytuacja
trudna czymś innym się charakteryzuje - czym innym jest zdanie
egzaminu, a czym innym np. wyjazd na jakąś wyprawę. I jedno, i drugie
jest trudne i wiąże się ze stresem, ponieważ wchodzą tam w grę kontakty
społeczne, elementy społeczne, samoocena, cały szereg różnych czynników
- człowiek musi mieć jakiś poznawczy ogląd tego i dostosować doń swoje
zachowanie. I tak też właśnie te mechanizmy radzenia sobie się tworzą.
Obrazują to modne ostatnio angielskie określenia coping mechanisms czy
strategies - które bazują głównie na dwóch elementach; poznawczym i
behawioralnym, czyli zachowaniowym. Stres psychologiczny to po prostu
ocena możliwości poradzenia sobie z sytuacją - jeżeli uważam, że jestem
bezradna - wtedy większość sytuacji będzie mi zagrażała. Jeżeli
natomiast oceniam, że jakoś sama dam sobie radę, wierzę, że mam
wystarczające możliwości do sprostania im, to wtedy radzę sobie lepiej.
Tak więc budowanie zaufania do siebie, budowanie poczucia umiejętności
sprostania większości sytuacji jest ważnym elementem rozwoju
osobowości. Oczywiście nadmierny optymizm i przecenianie swoich
możliwości może zakończyć się porażką, która również może prowadzić w
efekcie do stresu, dlatego, co zrozumiałe, najbardziej skuteczne
działanie jest wtedy, gdy ocena własnych możliwości jest realistyczna.
Wspomaganie
rozwoju osobowości to też zwiększanie repertuaru możliwych sposobów
radzenia sobie ze stresem, np. poprzez terapię ruchem (choreoterapię,
pracę z ciałem), treningi komunikowania się itd.
O nie, zdecydowanie nie był to wybór przypadkowy.
Decydując się na medycynę, szłam tam właśnie z myślą, że zostanę
psychiatrą. A skąd ten wybór? Wydaje mi się, że przede wszystkim z tzw.
wzorców osobowych - moja mama miała przyjaciółkę, którą bardzo lubiła i
ceniła jako człowieka, a ona była właśnie psychiatrą. Była w tym czasie
jedynym psychiatrą, jakiego znałam, imponowała mi. Zdecydowanie wpływ
na moje zainteresowania miała również literatura. Chodziłam do IX klasy
(obecnie odpowiednik III klasy gimnazjum - przyp. red.), kiedy bardzo
modna była książka Van der Meerscha "Ciała i dusze". Jej akcja
rozgrywała się w latach 30., opowiadała o psychiatrze i jego
pacjentach, a napisana była w fascynujący sposób. Duże wrażenie wywarły
na mnie również wspomnienia o psychiatrach z czasów wojny - szczególnie
zapadło mi w pamięć zwłaszcza opowiadanie o doktor Kamińskiej, która
poszła na śmierć razem ze swoimi pacjentami, podobnie jak Janusz
Korczak ze swoimi wychowankami. W każdym razie takie lektury mnie
natchnęły - postanowiłam zostać psychiatrą, czemu zresztą rodzina
bardzo się sprzeciwiała. Tradycje lekarskie były kultywowane u nas od
dwóch pokoleń. Jednak ta lekarska na wskroś rodzina miała pewne obawy -
odradzali mi psychiatrię, twierdząc żartobliwie, że wszyscy psychiatrzy
mają "swojego fijoła". Wtedy zresztą po raz pierwszy padło słowo
"psychologia" z ust mojej mamy, która stwierdziła, że jeśli już
koniecznie muszę iść w tym kierunku, to może raczej zostałabym
psychologiem. Ale ja wykazałam się dużą determinacją - chciałam być
lekarzem i to nie w innej specjalizacji, tylko właśnie lekarzem
psychiatrą. Bo chociaż w mojej rodzinie tradycje medyczne były bardzo
silne, nie pasjonował mnie ten jej rodzaj, który zajmuje się wyłącznie
biologią. Myślę, że jeśli kogoś w medycynie pociąga bliski kontakt z
pacjentem i oddziaływanie pomagające, to kieruje się właśnie w stronę
psychiatrii.
To prawda. Jak już mówiłam, szłam na medycynę z
myślą, że będę psychiatrą. Jednak pod koniec studiów medycznych
podjęłam również studia na psychologii. Nie miało to związku z
psychiatrią, a wynikało - tak jak to teraz widzę - po prostu z
niedosytu humanistyki. Na medycynie nie ma pracy dyplomowej i ostatni
VI rok, kiedy nie odbywały się wykłady, zajęcia, ćwiczenia, tylko
pamięciowe opanowywanie ogromnej ilości materiału i zaliczanie go -
wydaje się bardzo żmudny i monotonny. I wtedy właśnie zdecydowałam się
na studiowanie również i psychologii. Studiowałam ją na KUL-u na
Wydziale Filozoficznym - bo podówczas nie było Wydziału Nauk
Społecznych. Zostałam przyjęta od razu na II rok i w związku z tym
miałam do uzupełnienia historię filozofii.
Dla mnie to była
rozkosz, przyjemność, po takiej np. okulistyce uczyć się historii
filozofii. Było to - tak sadzę teraz z punktu widzenia osoby dojrzałej
- spowodowane pewnym niedosytem filozofii i humanizacji studiów, bo
chociaż na medycynie wykładano na III roku filozofię marksistowską -
proszę pamiętać, że działo się to w latach 60. była więc i podana
nieciekawie i bardzo ograniczona. Mieliśmy ją za piąte koło u wozu -
nikt jej serio nie traktował ani nikt się w to nie wgłębiał. Do mnie
nie przemawiały te zajęcia zdecydowanie, natomiast psychologia
osobowości, psychologia kliniczna - to mnie bardzo pociągało,
fascynowało, i w tę stronę poszłam. Naturalną koleją rzeczy przyszło
zainteresowanie psychoterapią, a potem doszło do tego zainteresowanie
nerwicami.
Do Oksfordu wysłał mnie w 1982 roku profesor Stefan
Leder (wybitny lekarz psychiatra, twórca Polskiej Szkoły Psychoterapii
i współinicjator utworzenia Centrum Rozwoju Osobowości, zm. w
listopadzie 2003 - przyp. red.), który miał dobre kontakty z tamtejszym
uniwersytetem. Wyjechałam na pobyt naukowy, niejako rozejrzeć się w
nowych trendach. Spędziłam tam dwa lata. Zapoznałam się z psychoterapią
poznawczą. Miałam również możliwość pracy bezpośrednio na oddziale.
Proszę sobie wyobrazić, że jest tam dość liczna grupa emigracji
polskiej z czasów wojny. Wśród byłych żołnierzy, często pochodzących ze
wsi, są tacy, którzy osiągnęli wykształcenie i funkcjonują całkiem
dobrze w tym społeczeństwie, bez większych trudności się zasymilowali,
ale była też bardzo liczna grupa polskich emigrantów, zatrudnianych
przez posiadających jakieś małe firmy np. remontowe czy budowlane,
dawnych kolegów z placu boju. Nie nauczyli się oni języka angielskiego,
trzymali się razem. Gdy któryś trafił do szpitala, trzeba było go
zbadać - miałam więc okazję i możliwość pracy w tamtejszym oddziale i
możność zapoznania się z ich sposobem i metodami pracy. Wtedy też
zainteresowałam się psychiatrią transkulturową, zgodną z moimi
zainteresowaniami filozoficzno-społecznymi, a równocześnie
psychoterapią poznawczą i teorią kognitywną - wiążącą przeżywanie
emocjonalne człowieka z poznawczym oglądem i z tym co człowiek myśli.
Krótko mówiąc, były to badania porównawcze.
Dotyczyły one pacjentów depresyjnych i lękowych różnych narodowości.
Badałam grupę pacjentów w Anglii, a po powrocie do kraju pacjentów
Polaków - miałam również okazję badać pacjentów w Japonii. Jeden
kierunek badań dotyczył różnic w objawach. Istotnych różnic nie
znalazłam - bez względu na narodowość a co za tym idzie uwarunkowania
społeczno-kulturowe objawy depresji i stanów lękowych są bardzo
podobne. Natomiast w sensie poznawczym, czyli myśli dominujących wśród
pacjentów depresyjnych i lękowych w tych trzech grupach, choć
zasadniczo się nie różnią, to troszkę co innego typuje Polak i obawia
się czego innego niż Japończyk, u którego mniejszy jest np.lęk przed
śmiercią.
Nie - biologia jest ta sama. Ujawniło się np. że
teoria poznawcza ma charakter uniwersalny - to, jak człowiek przeżywa i
w jakim jest nastroju zależy od tego co myśli i jak myśli. Jak ocenia
sytuację i jak ocenia siebie. Są pewne typowe myśli zwłaszcza w
zaburzeniach lękowych u pacjentów z lękiem panicznym: lęk przed
śmiercią, lęk przed oceną innych i lęk przed utratą kontroli. Drobne
różnice występują jedynie przy określaniu, który z tych lęków ma
pierwszorzędne znaczenie. Jeśli chodzi o Polaków, najczęściej
wypełnianym punktem w kwestionariuszu był lęk przed kompromitacją. Może
dlatego że jesteśmy tacy nadęci? Polak, co obserwujemy na co dzień,
jest nadęty własną ważnością - wystarczy stanowisko, jakaś pieczątka i
odrobina władzy - i już musi pokazać, że jest "kimś". Być może wynika
to z faktu, że on się w gruncie rzeczy boi, że nie dorasta do swoich
wyobrażeń czy wyobrażeń innych o tym, kim powinien być.
Jestem zdecydowaną przeciwniczką uogólnień na
zasadzie narodowości - jest to zbyt łatwe. Nie można powiedzieć, że
każdy Polak jest taki, a każdy Japończyk jest inny. Poza tym proszę nie
zapominać, że ja badałam ludzi z określonymi zaburzeniami - pacjentów
depresyjnych albo pacjentów lękowych z zaburzeniami depresyjnymi lub
zaburzeniami lękowymi. Pacjenci lękowi mają jako taki lęk naczelny.
Polacy - lęk przed tym, jak mnie widzą inni, przed oceną innych.
Mniejszy mają Anglicy. Także wyraźnie różni się stosunek Japończyków do
śmierci - mniej się jej obawiają, mniej jest postrzegana jako źródło
lęku. Natomiast te różnice są małe, struktura samego mechanizmu lęku
jest ta sama. Podkreślam jeszcze raz, że nie były to badania osób
zdrowych. Z teorii tej wynika, że trochę inaczej myślą ludzie z
zaburzeniami depresyjnymi, inaczej z lękowymi. Różnica zależna od
zespołu chorobowego jest większa od różnicy zależnej od narodowości.
Męża poznałam w Polsce w Lublinie, to jego nazwiska
używam, obok swojego panieńskiego. Poznaliśmy się w sali koncertowej.
Byłam wówczas na koncercie z kimś innym i on był z kimś innym a osoby z
którymi byliśmy, znały się. W ten sposób poznaliśmy się i my.
Kiedy przyjechał do Polski, nie znał jeszcze naszego języka. Poproszono mnie o tłumaczenie, żeby się mógł porozumieć.
Nie, z angielskiego i na angielski. Nigdy nie
próbowałam, przyznam się szczerze, nauczyć się języka japońskiego. Nie
było to aż tak ważne ani dla mnie, ani dla męża. Japonia w ciągu tych
trzydziestu paru lat, odkąd jesteśmy małżeństwem, też się zmieniła .
Bywam tam od czasu do czasu i teraz wystarczy znać angielski. Kiedyś
było trudniej ze względu na to, że na ulicach nie stosowano angielskich
napisów - dość ciężko więc było cudzoziemcowi spoglądającemu, na
graficzne przecież, nic nie mówiące mu pismo, poruszać się po mieście.
Teraz jest znacznie łatwiej. Kioto ma układ dosyć jasny - znam już
miasto, więc wszędzie trafię.
Nasze dzieci - mamy troje dzieci,
znają japoński mniej więcej w tym stopniu co ja, czyli zwroty typu:
dzień dobry, do widzenia, w prawo, w lewo, w dół, kawa czy herbata.
Synowie
byli co prawda na wakacyjnych praktykach medycznych, bo kontynuując
tradycje rodzinne po kądzieli, również poszli na medycynę - ale
Japończycy są żądni wiedzy - jeśli tylko ktoś zna angielski, chętnie to
wykorzystują. Nie było więc konieczności nauczenia się japońskiego. Mąż
jest slawistą - jego specjalnością jest język rosyjski; zajmuje się nim
naukowo, ale zna również czeski i oczywiście mówi po polsku - więc
rozmawiamy przeważnie ze sobą po polsku. Czasem jeśli chcemy cos
bardziej precyzyjnie wyrazić, używamy angielskiego. Taki rezerwowy
język wspólny.
